Unieważnienie pierwszej tury wyborów prezydenckich w Rumunii dowodzi, że establishment ma dość demokracji.Donosiłem już 7 lipca na swoim kanale YouTube „Masny Kryzys Szoł“ o czymś, co Francuzi wiedzą, a świat tego nie wie. Gen. De Gaulle w 1958 roku zaprojektował dla siebie konstytucję Francji tak, aby prezydent mógł objąć władzę dyktatorską niczym dyktator w republice rzymskiej. Z tą różnicą, że w Rzymie dyktator miał rozwiązać zadany problem i oddać władzę. Zazwyczaj po roku. Nie było to zapisane w konstytucji, bo konstytucja Rzymu była zwyczajowa.Macron jest namiestnikiem Rotszyldów na Francję. Rządził dotychczas za pomocą tzw. „demokratycznych“ instrumentów, ale coraz trudniej jest mu stworzyć rząd, a lud jest wściekły. Dlatego z dużym prawdopodobieństwem skorzysta z artykułu 16 konstytucji Rzeczypospolitej Francuskiej, który stanowi:„Kiedy instytucje Rzeczypospolitej, niepodległość Narodu, integralność jego terytorium lub wykonanie jego zobowiązań międzynarodowych są zagrożone w sposób poważny i bezpośredni oraz gdy zostaje zakłócone normalne funkcjonowanie konstytucyjnej władzy publicznej, Prezydent Rzeczypospolitej podejmuje niezbędne w tych okolicznościach środki, po oficjalnych konsultacjach z Premierem, Przewodniczącymi Zgromadzeń i Radą Konstytucyjną“. Zwłaszcza „wykonanie zobowiązań międzynarodowych“ stwarza Macronowi pretekst do ogłoszenia się dyktatorem.Jest to dosłownie właśnie ogłoszenie, bo prezydent po prostu informuje naród orędziem. Nie może rozwiązać innych organów, ale ma ogromnie uprawnienia nadzwyczajne. Nawiasem mówiąc polski prezydent ma podobne możliwości w razie stanu wojennego. Każdy o tym może przeczytać w konstytucji, ale jakoś nikt tego nie rozważa na głos. Ciekawe, dlaczego. Dziś jest to niemal niemożliwe, bo stan wojenny prezydent ogłasza na wniosek rządu. Ale przecież rząd PiS-u mógł powierzyć władzę dyktatorską Andrzejowi Dudzie, a rząd PO będzie mógł oddać władzę prezydentowi z własnego obozu.We Francji po trzydziestu dniach wykonywania uprawnień wyjątkowych do Rady Konstytucyjnej może zwrócić się Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, Prezydent Senatu, sześćdziesięciu posłów lub sześćdziesięciu senatorów w celu zbadania, czy są łącznie spełnione warunki ogłoszenia dyktatury. Po sześćdziesięciu dniach wykonywania uprawnień wyjątkowych lub w każdym czasie po upływie tego okresu następuje ogłoszenie, czy prezydent spełnił warunki, ale – jeśli nie spełnił – nic z tego nie wynika.I tak oto – w zgodzie z regułami tzw. demokracji – można tę demokrację wyrzucić do śmieci. Kiedy zrobił to Hitler, był zły. Kiedy zrobi to Macron, będzie dobry. Jeśli test we Francji nie wywoła wielkich protestów, rządząca nami mafia pozbędzie się demokratycznej fasady w innych państwach. O czym traktuje moja najnowsza, malutka książeczka, którą udostępnię na początku przyszłego roku. A na obrazku jest okładka „Le Point” z Macronem dyktatorem. Bo Francuzi czekają na to już od miesięcy.
„Forbes“ zapowiada kryzys zadłużenia na początek rządów Trumpa
„Forbes“ 16 listopada napisał o bliskim kryzysie zadłużenia rządu USA w I kwartale 2025. Zleceniodawcy tekstu proponują rewolucję pieniężną. Zastąpienie dolara bitcoinem. Przede wszystkim jednak malują stan USA, jak go widzą wierzyciele rządu.Największe ryzyko dla rządu obecnie polega na wywołaniu samonapędzającego się cyklu rosnących stóp procentowych i wyższych kosztów pożyczek. Forbes żąda od Trumpa „odpowiedzialności“, a nie „populizmu“.W tekście jest dużo wskazówek, co ma Trump w tej sytuacji zrobić. Na przykład ma zatrudnić właściwego sekretarza skarbu. Czy tym właściwym jest Scott Bessent, któremu niektórzy mają za złe homoseksualnego męża i dwójkę małych synków od surogatki?Na horyzoncie widać – pisze Forbes – sztorm fiskalny, który ma uderzyć w ląd w pierwszym kwartale 2025 roku.Za administracji Bidena-Harrisa wydatki federalne wzrosły do 6,5 bln dol. rocznie, w porównaniu z 4,5 bl dol. w 2019 roku Duża część tego wzrostu wynika nie z obowiązkowych programów, takich jak Social Security czy Medicare, ale z polityki covifowej i kosztów odsetek od tamtego zadłużenia rządu. Spłaty odsetek przekroczyły 1 bln dol. rocznie, czego Forbes nie pisze.Problem pogłębia zależność Skarbu Państwa od krótkoterminowego długu. Bony skarbowe, których termin zapadalności wynosi mniej niż rok, stanowią obecnie 22% długu federalnego, w porównaniu z 15% w 2018. Forbes apeluje o przywrócnie dawnych proporcji, bo krótkoterminowy dług wymaga ciągłego refinansowania, co naraża rząd na ryzyko stóp procentowych. Kiedy krótkoterminowy dług staje się wymagalny, musi zostać refinansowany po obowiązujących stawkach rynkowych. Jeśli stopy procentowe wzrosną, obsługa tego długu stanie się jeszcze droższa, a jest już droga..Wiceprezydent-elekt J.D. Vance ostrzegł, że ten problem, w połączeniu z 2 bln dol. rocznego deficytu, naraził kraj na niebezpieczeństwo. Skarb Państwa musi wyemitować od 500 miliardów do 1 biliona dolarów nowego długu tylko w pierwszym kwartale 2025 r., a instrument Overnight Reverse Repurchase Agreement (ON RRP) Rezerwy Federalnej, który pomógł zrównoważyć presję płynności, jest prawie wyczerpany – pisze Forbes. I tu jest zagadka. Bo program QT faktycznie miał być już od wielu miesięcy wygaszany, a właśnie widzimy, że się rozwija. W ostatnim miesiącu Fed umorzył ok. 100 mld dol., jak gdyby chciał złośliwie wpędzić banki i gospodarkę w kryzys akurat na początek rządów Trumpa.Kompetentne przywództwo w Departamencie Skarbu – pisze Forobes – mogłoby odzyskać zaufanie rynku, podczas gdy podniesione dochody z ceł – co zapowiada Trump – mogłyby generować dochody i wspierać krajową działalność gospodarczą. Jednak same te środki nie wystarczą, aby rozwiązać skalę problemu – ostrzega Forbes. Ostrzega też przed wyborcami, których polityka Trumpa zaboli. Coś jak plan Balcerowicza u nas. Starsi pamiętają… Plan Trumpa polega na czym innym, ale też uderzy lud po kieszeni. Trump ma więc powtarzać: „To Biden jest winny“. No i ma nie ruszać polityk „społecznie wrażliwych“ czyli ubezpieczeń społecznych i zdrowia.Koordynacja rządu z Rezerwą Federalną – pisze Forbes – jest również kluczowa. Wywieranie presji na Fed w celu agresywnych obniżek stóp procentowych lub luzowania ilościowego może przynieść odwrotny skutek, podsycając obawy dotyczące inflacji i podważając zaufanie inwestorów. Forbes radzi więc, aby z szefem Fedu Powellem Trump nie zadzierał.Zakończenie tekstu przynosi rewolucyjne propozycje. „Zbliżający się kryzys zadłużenia musi zostać skonfrontowany zarówno polityką, jak i PR-em. Uspokojenie rynku obligacji wymaga delikatnej równowagi jasnej komunikacji, zdyscyplinowanego wykonania i strategicznej koordynacji z Rezerwą Federalną“. To wstęp, a dalej czytamy: „Stawka wykracza daleko poza administrację Trumpa. Pokonanie obecnego kryzysu fiskalnego nie tylko określi bezpośrednią trajektorię gospodarki USA, ale może również oznaczać początek szerszej transformacji. Nasz oparty na długu system finansowy, zależny od pieniądza fiducjarnego kontrolowanego przez Rezerwę Federalną, mógłby ustąpić miejsca systemowi opartemu na akcjach, opartemu na solidnych pieniądzach, takich jak bitcoin. Taka transformacja niesie obietnicę uwolnienia bezprecedensowego dobrobytu – o ile przetrwamy burzę“.
Tomek Sommer nie lubi Murzynów. Ja niektórych też nie lubię.
Kiedy ładne kilka lat temu na ekranach i ścianach pojawiły się reklamy promujące „przy okazji“ związki homoseksualne, reakcja była cicha. Kiedy w tych samych miejscach pojawiły się Murzynki i Mulatki (w tym jedna Polka znana mi z sąsiedztwa), też nie było wrzawy. Wrzawa wybuchła, kiedy nachalnie autorzy reklam zaczęli nas bombardować parami heteroseksualnymi o stałym składzie: Murzyn z Białą. Odezwała się orkiestra. Ta sama, która najgorliwiej i najhałaśliwiej protestuje przeciwko każdej imigracji, także niewinnej, czysto zarobkowej, rasowo jednolitej, „bliskiej kulturowo“. Orkiestra, dla której każdy Ukrainiec jest zły. Moi koledzy, których skądinąd cenię za inne osiągnięcia, dość chamsko reagują na wszelkie odstępstwa od idiotycznego dogmatu czystej polskiej rasy na naszej ziemi. Takiej rasy nigdy nie było i nie będzie. Ten, kto wyraża wątpliwości wobec jedynej i prostej prawdy, od razu staje się promotorem napadów, gwałtów, defekacji w stawie, porzucania dzieci spłodzonych z Polkami, skakania po samochodach i biegania z maczetami, gangów murzyńskich, ukraińskich i bengalskich.Najbardziej mnie smuci, że z zapałem gardłuje w tej sprawie dr Tomasz Sommer, którego znam 30 lat i wciąż liczę na to, że odegra poważną rolę w polityce. On uznał, że najlepszą metodą jest epatowanie hejtem. A ja sądzę, że się myli. W dłuższej polemice mógłby wskazać, gdzie tkwi błąd.Wiele wskazuje na to, że imigracja ma być osią politycznych podziałów w Europie i głównym zapalnikiem… ale czego? Własny cel mają autorzy niekontrolowanej imigracji, zwłaszcza w wersji z 2015 roku, gdy ukryci władcy nakazali Angeli Merkel otworzyć granice. Moi hałaśliwi koledzy niestety nie szukają tych ukrytych sprawców, ale za to zgadują cel akcji: zniszczyć białego człowieka w Europie. Czy migracja z Ukrainy niszczy białą rasę? Jaką wartość dla kogokolwiek miałoby zniszczenie białej rasy, o ile taka w ogóle istnieje? Nawiasem mówiąc, słyszę też, że Żydzi nienawidzą białej rasy. Sęk w tym, że znaczna część Żydów pochodzi z ludów bardzo – jak to się mówiło – „kaukaskich“.Chętnie posłucham każdego, kto ma opinię w tej sprawie.A może celem organizatorów masowej, niekontrolowanej migracji jest raczej raczej destabilizacja Europy przez wywołanie nieuchronnej konfrontacji Europejczyków z przybyszami, którzy żyjąc w masie zachowają swoje obyczaje, które różnią się od tutejszych. Przybysze mają dwie wyróżniające cechy: nie cenią bezpieczeństwa (stąd wyższa przestępczość) i mają dzieci. My – biali Europejczycy – byliśmy całkiem niedawno tacy, jak oni. Biliśmy się na ulicach, prowadziliśmy nielegalne interesy, wychowywaliśmy dzieci. Czy to nie uderzające, że teraz nas to przeraża u ciemnych imigrantów?Moi koledzy (a może ich ukryci suflerzy) też mają swój cel. Białej rasy nie obronią, ale mogą wywołać konflikty między miejscowymi i przybyszami i tym samym zdestabilizować Europę.Czyżby naganiacze nielegalnych i obrońcy przed nielegalnymi grali w jednej kapeli? Nie wierzę.A skoro grają w osobnych kapelach, dlaczego efekty ich działalności są zbieżne?Imigracja wynika z potrzeby ekonomicznej. Nie ma komu pracować w Europie, bo nie ma młodych. Czołowe gospodarki Europy sprowadzają pracowników z krajów muzułmańskich już przynajmniej od boomu gospodarczego po II wojnie światowej i przez dziesięciolecia nie powodowało to poważnych problemów. A więc nie sama imigracja jest groźna. Jej nowa postać jest groźna.Imigracja jest faktem i ten fakt do niedawna nie szkodził. Można go cofnąć, ale tylko częściowo.Zobaczymy, jak uda się Ameryce wydalić miliony nielegalnych. Jeśli się uda, Europa podejmie takie same próby, oby z powodzeniem. Ale większość przybyszów zostanie, bo większość przebywa tu legalnie. Zresztą nielegalnych wszystkich wyłapać się nie da.Jak sobie poradzić w dłuższym terminie z imigracją? Są gotowe wzorce, na przykład amerykański. Przez setki lat dobrze tam działał melting pot. Głównym jego elementem była religia obywatelska. W innych miejscach udawało się imigrantów integrować z miejscowymi religią w znaczeniu tradycyjnym. Gdzie indziej z kolei to się nie udawało.To jest z kolei jeden z tematów książki „Wolna Polska w nowym świecie“, którą można nabyć pod zakładką MOJE KSIĄŻKI na tej stronie.Czy ukryci promotorzy masowych migracji mają te same, złowieszcze cele, co bojownicy o czystość białej rasy? Czy wspólnie dążą do jeszcze gorszego bajzlu w Europie? Wyobraźmy sobie, jak ludzie zapominają o drożyźnie i niszczeniu gospodarki i biorą się za łby, bo jeden jest ciemny, a drugi jasny. Wyobraźmy sobie, jak białe marsze zetrą się krwawo z czarnymi bojówkami, albo czarne marsze – z białymi bojówkami.Chcemy?
Koniec Tuska?
Lepsza Polska
Na ostatniej stronie okładki najnowszej książki „Wolna Polska w nowym świecie“ napisałem: „Patologiczny globalny system pieniężny i finansowy (z USA w centrum) grozi kolapsem z powodu niezliczonych pęknięć i podłożonych bomb. Zawał tej konstrukcji może przygnieść gospodarkę zduszoną już przez kryzys demograficzny i ideologię klimatyczną. Srożą się konflikty regionalne. Potężniejący chaos jest faktycznie kryzysem systemu i zapowiada nowy świat. W Polsce kolejna postkolonialna ekipa kompromituje się szybciej niż poprzednie. W Polaków uderzają bezprecedensowe podwyżki cen. Coraz częściej rodacy kojarzą własne kłopoty z obłędem klimatycznym, z niekontrolowaną imigracją, z konfliktem na linii Zachód-Wschód. Coraz mniej podoba się im Unia Europejska i mainstreamowa indoktrynacja. Tęsknimy do innej, lepszej Polski. Ta tęsknota woła o liderów, którzy nie szukają doraźnych korzyści, tylko chcą zbudować coś wielkiego: Polskę prosperującą jako biznes i jako wspólnota. Rysuje się szansa na powrót do sprawdzonych wzorców cywilizacji. I szansa na suwerenność. Realizacja szans zależy od splotu wydarzeń i od naszych wysiłków. Zapraszam więc do wspólnej pracy nad pomysłami na lepszą Polskę“. Książka jest kontynuacją książki „Wielki Kryzys 2024-2025. Globalne przesilenie i co dalej?“. Geopolityk dr Leszek Sykulski wyraził żal, że nie znalazł tam recept i pomysłów na przyszłość, tylko suchą diagnozę. Przejąłem się, usiadłem do pracy i w listopadzie, może już w połowie miesiąca, efekt będzie gotowy. Na tej stronie (która na razie dopiero powstaje) tworzę możliwość wymiany myśli i gromadzenia cennych projektów. Będę szczęśliwy mogąc prowadzić tak rzeczowe debaty, bez połajanek, jak to już się dzieje w następujących miejscach: x.com
Przyszłość demokracji
Demokracja w coraz mniejszym stopniu jest spoiwem państwa i narodu, skoro większość obywateli niektórych zaawansowanych cywilizacyjnie państw w ogóle nie uczestniczy w aktach demokratycznych. Nigdy zresztą demokracja nie spełniała roli masowej religii obywatelskiej. Religia demokratyczna pozostała niespełnionym marzeniem ideologów laicyzmu. Jej promotorami i beneficjentami są bowiem przeważnie elity. Nigdy też nie było wiadomo, czym demokracja ma być. Jest demokracja liberalna, są demokracje nieliberalne. Iran jest demokracją nadzorowaną przez autorytety religijne. Państwo prawa nie musi być demokratyczne, czego dobitnym przykładem były hitlerowskie Niemcy, a nawet stalinowska Rosja. Komuniści dbali o to, żeby prawo za bardzo nie odbiegało od życia. Dlatego swobody polityczne były zupełnie wprost ograniczone w prawie karnym. I dlatego za czasów Breżniewa w Związku Sowieckim rozpętano ogólnonarodową debatę nad wpisaniem do Konstytucji ZSRS prawa do ciszy. Była to naprawdę demokratyczna debata, tylko jej przedmiot nie był nazbyt ważny dla obywateli. Dyscyplina w sterroryzowanym narodzie sprawiała też, że i życie nie nazbyt odbiegało od prawa. Najbardziej wolnościowym kierunkiem we współczesnych państwach powołujących się na demokrację wydaje się republikanizm arystokratyczny. Bardzo mało wolnościowy paternalizm azjatycki posługuje się także dekoracją niezmiernie podobną do demokracji amerykańskiej. Sama demokracja amerykańska zawsze miała w sobie rys arystokratyczny, a dzieje USA są historią oligarchizacji władzy. W istocie dla dobrobytu i swobód większości najważniejsza jest nie tyle taka czy inna fasadowa demokracja, ile schumpeterowska konkurencja elit czyli uniwersalniejsza wersja monteskiuszowskiej równowagi instytucji. Ta rywalizacja doskonale się sprawdza również w ustrojach niedemokratycznych. Konkurencja elit sprzyja nomokracji czyli rządów prawa. Prawo, jakiekolwiek prawo, jest potrzebne do zarządzania konfliktami grup o mniej więcej równej sile. Fundamentalne, ale nieco teoretyczne pytanie zadał jakże prosto Norberto Bobbio w „Przyszłości demokracji” z 1984 roku: Władza ludzi czy władza praw? Zawarte w polskiej konstytucji odwołanie do rządów prawa w połączeniu z praktyką polityczną pokazuje, jak daleko te rozważania są od realiów. Relacje międzyludzkie w państwie są bowiem w dużej mierze niezależne od demokracji. To raczej faktyczna, nieteatralna demokracja jest wynikiem pewnych realiów społecznych i mentalności, a nie odwrotnie. Krytycy praktycznej demokracji John Adams, Alexis de Tocqueville i Thomas Carlyle już dwieście lat temu wskazywali, że demokracja sama w sobie nie zmienia społecznej rzeczywistości. Dalej poszedł Seymour Martin Lipset. W roku 1960 wydał studium o źródle demokracji „Homo politicus”. Im wyższy dochód narodowy na głowę – dowodził Lipset – tym większa skłonność do demokracji. Zamożność jest skorelowana z kolei z edukacją. Na związek między edukacją a demokracją zatem wskazywało też wielu innych autorów. Poziom zaufania wzajemnego wśród obywateli ma też oczywisty wpływ na praktykowanie demokracji. Sąsiedzi, którzy nie muszą zamykać drzwi na klucz, są również w stanie wydelegować jednego spośród siebie do rady gminy. Sąsiedzi, którzy patrzą wilkiem na siebie wzajemnie, będą mieli w radzie gminy samych funkcjonariuszy partyjnych, a może i mafijnych. Ideolog hegemonii amerykańskiej Samuel Huntington zauważył w najnowszej historii kolejne fale demokratyzacji. Formalna demokracja ogarnia – jego zdaniem – coraz większe połacie globu, lecz nie równomiernie, tylko falami. Kolejne fale są coraz potężniejsze, ale kiedy fala się cofa, następuje okresowy regres. Lata 90-te XX wieku według niego były trzecią falą demokracji. Huntington zastanawiał się, czy ta fala ustąpi, kiedy ustąpi i jak długo potrwa ten regres. Depresja gospodarcza początku nowego stulecia na pewno się do tego przyczyni. Huntington pisząc o tym rzekomo obiektywnym zjawisku mógł zresztą mieć na myśli planowe odejście od demokracji w Ameryce, które dokonuje się na naszych oczach. Krytycy tradycyjnej demokracji będą się starali odtworzyć ją w nowym kształcie w kolejnej fali. Będą szukać lekarstwa na technokrację, zaatakowaną pierwotnie już w latach 60-tych. Niektórzy podniosą rękę na kosztowną biurokrację i potop drobiazgowego prawa. Inni zechcą popychać demokrację ku jej formie bezpośredniej z wykorzystaniem teleinformatyki, co zresztą praktykowano już lokalnie w latach 80-tych. Ktoś upomni się o wyrok śmierci dla zasady większości, której zniewalające oblicze odsłonił już Tocqueville. Do jej ominięcia zmierzają przecież techniki negocjacji i ucierania kompromisu, tak dobrze znane Polakom, którzy praktykowali je w swych sejmach od XVI wieku. Nie mieści się raczej we współczesnej mentalności zachodniej system głosowań znany z niektórych kapituł kościelnych, który rację przyznawał nie części większej (pars maior), lecz części zdrowszej (pars sanior) głosującego gremium. O tym, która frakcja była częścią zdrowszą, decydował przełożony. Innym pomysłem na nową organizację społeczeństwa są sieci, networki. W gruncie rzeczy bowiem faktyczna demokracja Zachodu, mimo starań, nie ma wiele wspólnego z powszechnym uczestnictwem, negocjacjami interesów, ochroną mniejszości, promocją ubogich i wykluczonych. Regres demokracji będzie wręcz spektakularny, jeśli Stany Zjednoczone stracą pozycję hegemoniczną lub zrezygnują z instalowania rządów demokratycznych (lub pseudodemokratycznych), gdzie tylko się da. Czołowy reprezentant amerykańskiego realizmu politycznego Fareed Zakaria już w połowie lat 90-tych podważył w ogóle celowość wilsonowskiej tradycji popierania demokratyzacji w świecie. Uprzednio amerykańskie poparcie dla dyktatur kryło się zwykle za osłoną demokratycznych frazesów. W opinii Zakarii nowe demokracje liberalne, powoływane do życia sporym kosztem, nie dają gwarancji stabilności. Dlatego – jego zdaniem – Stany Zjednoczone powinny skupić się na wspieraniu liberalizacji bez zważania na demokratyczną formę rządów w danym państwie. Dla Zakarii demokracja, która może się obrócić przeciwko hegemonii USA jest mniej wartościowa od spolegliwego dyktatora. Gdyby liberalizacja oznaczała wystawienie rynku wewnętrznego na dumping albo dyktaturę własności intelektualnej półpaństwowych monopolistów w rodzaju Microsoftu, to jedynym efektem takiego procesu byłaby kolonialna zależność słabych gospodarek od silnych. Tak prymitywne i zawężone znaczenie liberalizacji niestety często pojawia się w całkiem poważnych publikacjach. Nie ma ono nic wspólnego z deregulacją gospodarki, rozbiciem monopoli, prywatyzacją publicznej własności i upowszechnieniem kapitału. Demokracja jako technika podejmowania decyzji – jak każda technika – okazuje się niezdolna do zaspokojenia podstawowych potrzeb człowieka, a zwłaszcza jego tęsknoty za wolnością, pewnością i więzią. Demokracje współczesne w większości powstawały od góry i zawsze służyły przede wszystkim elitom. Dlatego miliony ludzi w miarę postępów edukacji coraz bardziej domagają się dopuszczenia ich do współdecydowania. Drogą do tego jest oddolna samoorganizacja, a nie formalne mechanizmy demokracji. Dopiero oddolna samoorganizacja wymusza zmianę mechanizmów. Bez presji od dołu w Polsce może być wprowadzona nowa ordynacja wyborcza, nawet – wzorem najlepszych demokracji – większościowa w jednomandatowych okręgach wyborczych. Lecz jeśli ta rewolucja w prawie dokona się za sprawą polityków, to na pewno wpiszą do ordynacji coś, co ubezwłasnowolni obywateli, a pełnię władzy pozostawi –