Przyszłość demokracji

Demokracja w coraz mniejszym stopniu jest spoiwem państwa i narodu, skoro większość obywateli niektórych zaawansowanych cywilizacyjnie państw w ogóle nie uczestniczy w aktach demokratycznych. Nigdy zresztą demokracja nie spełniała roli masowej religii obywatelskiej. Religia demokratyczna pozostała niespełnionym marzeniem ideologów laicyzmu. Jej promotorami i beneficjentami są bowiem przeważnie elity. Nigdy też nie było wiadomo, czym demokracja ma być. Jest demokracja liberalna, są demokracje nieliberalne. Iran jest demokracją nadzorowaną przez autorytety religijne. Państwo prawa nie musi być demokratyczne, czego dobitnym przykładem były hitlerowskie Niemcy, a nawet stalinowska Rosja. Komuniści dbali o to, żeby prawo za bardzo nie odbiegało od życia. Dlatego swobody polityczne były zupełnie wprost ograniczone w prawie karnym. I dlatego za czasów Breżniewa w Związku Sowieckim rozpętano ogólnonarodową debatę nad wpisaniem do Konstytucji ZSRS prawa do ciszy. Była to naprawdę demokratyczna debata, tylko jej przedmiot nie był nazbyt ważny dla obywateli. Dyscyplina w sterroryzowanym narodzie sprawiała też, że i życie nie nazbyt odbiegało od prawa.

Najbardziej wolnościowym kierunkiem we współczesnych państwach powołujących się na demokrację wydaje się republikanizm arystokratyczny. Bardzo mało wolnościowy paternalizm azjatycki posługuje się także dekoracją niezmiernie podobną do demokracji amerykańskiej. Sama demokracja amerykańska zawsze miała w sobie rys arystokratyczny, a dzieje USA są historią oligarchizacji władzy. W istocie dla dobrobytu i swobód większości najważniejsza jest nie tyle taka czy inna fasadowa demokracja, ile schumpeterowska konkurencja elit czyli uniwersalniejsza wersja monteskiuszowskiej równowagi instytucji. Ta rywalizacja doskonale się sprawdza również w ustrojach niedemokratycznych. Konkurencja elit sprzyja nomokracji czyli rządów prawa. Prawo, jakiekolwiek prawo, jest potrzebne do zarządzania konfliktami grup o mniej więcej równej sile.

Fundamentalne, ale nieco teoretyczne pytanie zadał jakże prosto Norberto Bobbio w „Przyszłości demokracji” z 1984 roku: Władza ludzi czy władza praw? Zawarte w polskiej konstytucji odwołanie do rządów prawa w połączeniu z praktyką polityczną pokazuje, jak daleko te rozważania są od realiów. Relacje międzyludzkie w państwie są bowiem w dużej mierze niezależne od demokracji. To raczej faktyczna, nieteatralna demokracja jest wynikiem pewnych realiów społecznych i mentalności, a nie odwrotnie. Krytycy praktycznej demokracji John Adams, Alexis de Tocqueville i Thomas Carlyle już dwieście lat temu wskazywali, że demokracja sama w sobie nie zmienia społecznej rzeczywistości. Dalej poszedł Seymour Martin Lipset. W roku 1960 wydał studium o źródle demokracji „Homo politicus”. Im wyższy dochód narodowy na głowę – dowodził Lipset – tym większa skłonność do demokracji. Zamożność jest skorelowana z kolei z edukacją. Na związek między edukacją a demokracją zatem wskazywało też wielu innych autorów. Poziom zaufania wzajemnego wśród obywateli ma też oczywisty wpływ na praktykowanie demokracji. Sąsiedzi, którzy nie muszą zamykać drzwi na klucz, są również w stanie wydelegować jednego spośród siebie do rady gminy. Sąsiedzi, którzy patrzą wilkiem na siebie wzajemnie, będą mieli w radzie gminy samych funkcjonariuszy partyjnych, a może i mafijnych.

Ideolog hegemonii amerykańskiej Samuel Huntington zauważył w najnowszej historii kolejne fale demokratyzacji. Formalna demokracja ogarnia – jego zdaniem – coraz większe połacie globu, lecz nie równomiernie, tylko falami. Kolejne fale są coraz potężniejsze, ale kiedy fala się cofa, następuje okresowy regres. Lata 90-te XX wieku według niego były trzecią falą demokracji. Huntington zastanawiał się, czy ta fala ustąpi, kiedy ustąpi i jak długo potrwa ten regres. Depresja gospodarcza początku nowego stulecia na pewno się do tego przyczyni. Huntington pisząc o tym rzekomo obiektywnym zjawisku mógł zresztą mieć na myśli planowe odejście od demokracji w Ameryce, które dokonuje się na naszych oczach. Krytycy tradycyjnej demokracji będą się starali odtworzyć ją w nowym kształcie w kolejnej fali. Będą szukać lekarstwa na technokrację, zaatakowaną pierwotnie już w latach 60-tych. Niektórzy podniosą rękę na kosztowną biurokrację i potop drobiazgowego prawa. Inni zechcą popychać demokrację ku jej formie bezpośredniej z wykorzystaniem teleinformatyki, co zresztą praktykowano już lokalnie w latach 80-tych. Ktoś upomni się o wyrok śmierci dla zasady większości, której zniewalające oblicze odsłonił już Tocqueville. Do jej ominięcia zmierzają przecież techniki negocjacji i ucierania kompromisu, tak dobrze znane Polakom, którzy praktykowali je w swych sejmach od XVI wieku. Nie mieści się raczej we współczesnej mentalności zachodniej system głosowań znany z niektórych kapituł kościelnych, który rację przyznawał nie części większej (pars maior), lecz części zdrowszej (pars sanior) głosującego gremium. O tym, która frakcja była częścią zdrowszą, decydował przełożony.

Innym pomysłem na nową organizację społeczeństwa są sieci, networki. W gruncie rzeczy bowiem faktyczna demokracja Zachodu, mimo starań, nie ma wiele wspólnego z powszechnym uczestnictwem, negocjacjami interesów, ochroną mniejszości, promocją ubogich i wykluczonych.

Regres demokracji będzie wręcz spektakularny, jeśli Stany Zjednoczone stracą pozycję hegemoniczną lub zrezygnują z instalowania rządów demokratycznych (lub pseudodemokratycznych), gdzie tylko się da. Czołowy reprezentant amerykańskiego realizmu politycznego Fareed Zakaria już w połowie lat 90-tych podważył w ogóle celowość wilsonowskiej tradycji popierania demokratyzacji w świecie. Uprzednio amerykańskie poparcie dla dyktatur kryło się zwykle za osłoną demokratycznych frazesów. W opinii Zakarii nowe demokracje liberalne, powoływane do życia sporym kosztem, nie dają gwarancji stabilności. Dlatego – jego zdaniem – Stany Zjednoczone powinny skupić się na wspieraniu liberalizacji bez zważania na demokratyczną formę rządów w danym państwie. Dla Zakarii demokracja, która może się obrócić przeciwko hegemonii USA jest mniej wartościowa od spolegliwego dyktatora. Gdyby liberalizacja oznaczała wystawienie rynku wewnętrznego na dumping albo dyktaturę własności intelektualnej półpaństwowych monopolistów w rodzaju Microsoftu, to jedynym efektem takiego procesu byłaby kolonialna zależność słabych gospodarek od silnych. Tak prymitywne i zawężone znaczenie liberalizacji niestety często pojawia się w całkiem poważnych publikacjach. Nie ma ono nic wspólnego z deregulacją gospodarki, rozbiciem monopoli, prywatyzacją publicznej własności i upowszechnieniem kapitału.

Demokracja jako technika podejmowania decyzji – jak każda technika – okazuje się niezdolna do zaspokojenia podstawowych potrzeb człowieka, a zwłaszcza jego tęsknoty za wolnością, pewnością i więzią. Demokracje współczesne w większości powstawały od góry i zawsze służyły przede wszystkim elitom. Dlatego miliony ludzi w miarę postępów edukacji coraz bardziej domagają się dopuszczenia ich do współdecydowania. Drogą do tego jest oddolna samoorganizacja, a nie formalne mechanizmy demokracji. Dopiero oddolna samoorganizacja wymusza zmianę mechanizmów. Bez presji od dołu w Polsce może być wprowadzona nowa ordynacja wyborcza, nawet – wzorem najlepszych demokracji – większościowa w jednomandatowych okręgach wyborczych. Lecz jeśli ta rewolucja w prawie dokona się za sprawą polityków, to na pewno wpiszą do ordynacji coś, co ubezwłasnowolni obywateli, a pełnię władzy pozostawi – jak to jest dziś – w rękach partyjnych bonzów i ich skrytego zaplecza.

(z książki „Na progu IV Rzeczypospolitej“, wydanej w roku 2005)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • All Posts
  • Brak kategorii
  • Filmiki
  • Teksty

Światowy kryzys i powrót wielkiej Polski

Moja nowa książka już wkrótce w sprzedaży

Przeglądaj tematy

Media społecznościowe

Kontakt

© 2024 Marcin Masny